poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Lot z psem - informacje i moje doświadczenie

Aloha,

dzisiaj przychodzę z wpisem dotyczącym latania samolotem z psiakiem. Sama nigdzie nie mogłam znaleźć podobnych informacji - wiecie takich opowieści innych ludzi i ich doświadczeń - nie licząc forów, na których straszą pewną śmiercią ukochanego zwierzaka. Przez to, że nie znałam nikogo kto mógłby mi powiedzieć jak to wszystko wygląda, wypadło mi z milion włosów, nie spałam i chciało mi się płakać na samą myśl, że mój pies jak nic umrze w samolocie. Na szczęście już jest po i od razu powiem, że i ja i piesek czujemy się dobrze :)

Leciałam z Madrytu do Warszawy Okęcie. Wybrałam linie lotnicze LOT, ponieważ one jako jedne z nielicznych zabierają na pokład psy (biorą tylko dwa duże zwierzaki na lot, więc trzeba zadzwonić na infolinię i poinformować ich o tym jak najszybciej, żeby mogli zarezerwować im miejsce). Zastanawiałam się też nad Iberią, ale niestety musiałabym lecieć z przesiadką, a tego nie chciałam. Od razu wiedziałam, że mój pies będzie leciał w luku bagażowym pod pokładem, ponieważ waży 18 kg (jedynie 8-kilogramowe psiaki mogą lecieć z Wami na pokładzie) i to chyba przerażało mnie najbardziej. Mały pies jest ciągle z Wami i nie przeżywa takiego strachu jak pies, który jest duży i musi zostać od Was odseparowany. 

Przeczytałam wszystkie informacje na temat latania z psem na stronie linii lotniczych i zaczęłam wszystko przygotowywać, a miałam na to tylko 3 dni (na wariata, ale nie było innego wyboru. Dodam też, że gdybym nie musiała, to nie brałabym ze sobą psa - stresowanie zwierzaka nie jest dla mnie czymś przyjemnym). Dzwoniłam na infolinię LOTu chyba dwa dni wisząc na słuchawce godzinami. Nikt nie odbierał, a ja nie mogłam kupić biletu dopóki nie miałam pewności, że pies leci ze mną. Na szczęście w końcu się udało i zarezerwowałam bilet dla siebie i miejsce dla psa przez telefon. 
Po zakupie biletu udałam się po klatkę do sklepu zoologicznego (wymogi dotyczące klatki są dostępne na stronie internetowej). Mój piesek jest mądry i łakomy więc w kilkanaście minut nauczyłam go wchodzić do klatki. Dawałam mu tam jeść, aby kojarzył to miejsce z czymś dobrym, wrzuciłam mu jego śmierdzący materacyk i moją koszulkę, w której spałam kilka dni - podobno jeśli pies czuje Wasz zapach, nie będzie aż tak panikował. Vento zaczął sam wchodzić do klatki i tam spać, więc wiedziałam, że już jedną rzecz mam z głowy. Potem przyszedł czas na weterynarza i uzupełnienie szczepień. Na stronie LOTu jest także informacja o posiadaniu zaświadczenia o stanie zdrowia psa, które wydaje weterynarz. Pani wet stwierdziła, że jej zaświadczenie nie jest ważne dopóki nie pojadę do ministerstwa rolnictwa w Madrycie po stempel. Załamałam się, bo miałam na to dwa dni, a podobno kolejki długie. Przeczytałam informacje na stronie hiszpańskiego i polskiego Ministerstwa, na stronie ambasad itp. Nic na ten temat nie znalazłam. Zadzwoniłam do LOTu, a oni nie mieli nawet pojęcia o jakie zaświadczenie chodzi. W końcu dla świętego spokoju zadzwoniłam do Ministerstwa i przemiła pani poinformowała mnie, że latając na terenie Unii Europejskiej nic takiego nie obowiązuje. Odetchnęłam z ulgą - pani wet po prostu nie wiedziała gdzie leży Polska. U weta poprosiłam także o tabletki uspakajające dla psa na czas lotu. Dostałam Calmivet - półtorej tabletki.

Nadszedł dzień lotu. Tego dnia nie dałam Vento nic do jedzenia. Wyprowadziłam go dwa razy w ciągu 3 godzin, bo lot mieliśmy po 15, a taksówka zabierała nas o 12 na lotnisko. Na lotnisku, taksówkarz zasugerował, abym wzięła psa na smycz, a sam załadował moje bagaże i klatkę na wózek. To był dobry pomysł, bo Vento ciągłe był przy mnie i widział co się dzieje - pewnie myślał, że jesteśmy gdzieś na mieście czego nie lubi, ale szedł obok mnie bez problemu. Czekając w kolejce nawet położył się na ziemi, więc wiedziałam, że jest spokojny. Ok. 12:45 zostaliśmy odprawieni i musieliśmy poczekać na pana, który 'zbierał' wszystkich pasażerów z psami. Ze mną leciała Argentynka, która trzymała szczeniaka labradora w transporterze i bidula ciągle wył i strasznie śmierdział - leżał i sikał pod siebie na skrawki gazet. Oprócz tego, była z nami dziewczyna z psem po operacji i kłusownik z dwoma psami myśliwskimi, którzy lecieli na Kanary. Wszyscy poradzili mi, żebym dała już tabletki uspokajające, bo potem nikt mu ich za mnie nie da. I tak zrobiłam - miałam przygotowany plaster chorizo, w który mu je zawinęłam i od razu wszystko połknął. Kolejny sukces ;)
W końcu przyszedł po nas chłopak z obsługi lotniska i zabrał nas na inne piętro, w drugi koniec terminala na prześwietlenie psa i klatki. To był ostatni moment na podaniu psu czegoś do picia - potem wszystko trzeba było wylać.
Nawet nie chce mi się komentować zachowania strażników celnych... Chamstwo i zero empatii. Okazało się, że my i nasze bagaże też zostaną prześwietlone, więc trzeba było wyjąć całą elektronikę, kosmetyki, dokumenty i trzymać psa na rękach w tym samym czasie. Aaa no i jeszcze położyć wszystko na taśmie - oni oczywiście nie kiwnęli palcem, tylko krzyczeli żebyśmy to robili szybciej. Na szczęście ten chłopak z obsługi nam ze wszystkim pomógł - nawet spakował mi wszystko do plecaka i pocieszał, że wszystko będzie dobrze z psem. Po kontroli musieliśmy wsadzić psy do klatki i je tam zostawić. Po drodze panu kłusownikowi spadły obydwie klatki z psami w środku, ale nawet się tym nie przejął - one raczej tak, bo śmierdziały ze strachu na kilometr. Nawet nie chcę wiedzieć jak je traktuje na co dzień. 
W każdym razie wsadziłam Vento do klatki i musiałam go tam zostawić... łzy stanęły mi w oczach, ale miałam nadzieję, że tabletki lada chwila zaczną na niego działać. 

Podczas lotu zapytałam stewardessę czy ma jakieś wieści o moim psie i powiedziała, że zaraz zapyta pilota - pewnie to była niezła ściema, żeby mnie uspokoić, ale zrobiło mi się miło, że przynajmniej okazała zainteresowanie. Wróciła z informacją, że pieski mają się dobrze, że mają tam odpowiednią temperaturę i są bezpieczne. Po przylocie do Warszawy musiałam odebrać bagaż, a potem szukać psa - poszłam do pokoju strażników celnych, a jeden z nich pokierował mnie to przeszklonego stanowiska przy taśmie bagażowej nr 2. Klatka z Vento stała poza stanowiskiem, ot tak... nikt nie zweryfikował, że to mój pies, więc mogłam go sobie zabrać i wyjść z lotniska. Piesek był cały i zdrowy i ucieszył się, że mnie widzi - widziałam jednak po jego oczach, że jest jeszcze pod wpływem leku ;) 

Taka o to była nasza przygoda. Teraz biega po polskim podwórku i jest szczęśliwy, cały i zdrowy. Mam nadzieję, że to był pierwszy i ostatni lot w jego życiu. 

Jeśli macie pytania, piszcie w komentarzach. 

Chao!
m. 

wtorek, 4 lipca 2017

Wyspa San Simón a.k.a. Shutter Island


 Od dłuższego czasu obserwowałam wysepkę położoną blisko Redondeli i bardzo byłam jej ciekawa. Mój chłopak sam nie wiedział co się na niej dokładnie znajduje - wspomniał tylko coś o byłym więzieniu, co jeszcze bardziej mnie zainteresowało.

niedziela, 14 maja 2017

Praia Samil

Hej psygodo!
Hola,


Ja dalej zapracowana, ale obiecałam psu spacer i postanowiłam zabrać go (i się) na plażę.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Silleda i ferevenza do Toxa



Tydzień temu wreszcie mogłam odpocząć od pracy i wyżyć się fizycznie czego ostatnio bardzo mi brakowało. Mój  chłopak zabrał mnie na dwa dni do Silledy, gminy położonej ok. 120 km od Vigo. Wszyscy, którzy mnie pytali o moje plany na urlop stwierdzili, ze trochę kiepski ten plan, bo w Silledzie nie ma kompletnie niczego. Nam nawet o to chodziło. Chcieliśmy powłóczyć się po lasach i pooddychać wiejskim powietrzem.

wtorek, 20 września 2016

SANXENXO, GALICYJSKA IMPREZOWNIA


Pisanie postu o Sanxenxo to dla mnie jak wspominanie odległego lata... A przecież byłam tam dosyć niedawno. To wszystko przez pogodę - jesień powoli wkracza do akcji.
Myślę, że ten wpis będzie miłym zakończeniem tegorocznego lata i zachętą do odwiedzin w następne.

środa, 7 września 2016

NAJLEPSZE RESTAURACJE W GALICJI



Kilka dni temu miałam przyjemność odwiedzić najlepszą restaurację w Vigo. Maruja Limón to restauracja z jedną gwiazdką Micheline, która znajduje się w centrum miasta, przy ulicy Montero Rios. Prowadzona jest przez dwóch szefów kuchni - Rafa Centeno i Inés Abril (Abril brała udział w hiszpańskiej edycji Top Chef). Pomyślałam, że fajnie byłoby Wam opowiedzieć coś więcej o restauracjach, które znajdują się w przewodniku Micheline, bo ich ilość udowadnia, że kuchnia w Galicji jest przepyszna oraz, że warto jest jej spróbować (niekoniecznie w restauracjach z gwiazdkami, bo wiadomo - koszta) zamiast stołować się w McDonaldzie (tak, są takie osoby). Oprócz tego niedawno widziałam program o innej restauracji, Solla, która znajduje się w pobliżu Vigo i dowiedziałam się w czym tkwi ich sukces.

środa, 24 sierpnia 2016

BIMBA Y LOLA


¡Hola! 
Upłynęło sporo czasu od wpisu o jednej z najbardziej znanych marek odzieżowych Inditex. Dzisiaj przyszła pora na kolejną firmę produkującą odzież, tym razem bardziej designerską i droższą. Prawdopodobnie w Polsce nie jest ona tak bardzo znana jak w Hiszpanii, ale przeglądając takie magazyny jak Elle czy Harper's Bazaar możecie natknąć się na produkty tej marki. Dla zainteresowanych - najbliższy sklep znajduje się w Berlinie, ale można też robić zakupy on-line.